18th Styczeń 2008

Antropozofia, a hipnoza. Rudolf Steiner.

Wielokrotnie spotykam się z krytyką, że antropozofia (Rudolf Steiner) krytycznie odnosi się do hipnozy. Zgodnie z tym co wiem i z tym co przeczytałem, jest to bezpodstawne twierdzenie. Poniżej przedstawiam zdanie R.Steinera przedstawione w książce Przejawy Karmy, Wyd.Genesis 1997

Miłość i światło stanowią dwa komponenty, które przenikają wszelki byt ziemski- miłość jako ziemski byt duszy, światło jako materialny byt ziemski. Oba te elementy domagają się pośrednika, który wplata jeden w drugi, wplata światło w miłość. Musi to być moc, która daświatłu możliwość największego rozprzestrzenienia, która pozwala wniknąć elementowi światła w element miłości. Takie właściwości mają jestestwa lucyferyczne. Są one czynne wszędzie tam, gdzie nasze wnętrze, które jest właściwie utkane z miłości, wiąże się ze światłem, a ze światłem mamy do czynienia wszędzie, przy jakimkolwiek bycie materialnym. W to, co jest utkane z miłości, wciska się element lucyferyczny. I tylko ten element może sprawić, że miłość nie jest całkowitym oddaniem się, ale przeniknięta zostaje mądrością. Bowiem, sama miłość bez mądrości byłaby siłą za którą człowiek nie mógłby być odpowiedzialny.

Poprzez tę mądrość miłość staje się siłą jaźni.

Jednak miłość przeniknięta elementem lucyferycznym, którym zostaje zaimpregnowana materialność, jest przyczyną choroby działającej od wewnątrz. Zgodnie z karmiczną prawidłowością, skutek jakiegoś czynu pochodzącego od Lucyfera wyżywa się karmicznie tak, że to co ma prowadzić do przezwyciężenia tego skutku, znajduje swój wyraz w bólu.

Aby pomóc choremu, który ma lucyferyzm w sobie jako przyczynę choroby, musimy go usunąć. Została, bowiem zanieczyszczona miłość. Choremu musimy dostarczyć miłość poprzez czyn przepojony miłością. Taki charakter prowadzania miłości mają wszystkie działania lecznicze opierające się mniej lub bardziej na procesie, który można nazwać psychicznym procesem leczniczym. To, co stosujemy w tym wypadku, wiąże się zawsze w jakiejś formie z doprowadzeniem miłości. Miłość działa na ludzi jak balsam. Do miłości można sprowadzić wszystkie działania lecznicze, w których uruchamiamy proste czynniki psychiczne, gdy np.; za naszą sprawa dzieje się choćby to, że stan przygnębienia danego człowieka ustępuje. Wszystko to ma swój impuls w miłości- od prostych procesów leczniczych począwszy aż do tego, co określane jest słowem magnetyzmu.

Między uzdrawiającym, a uzdrawianym dokonuje się, gdybyśmy mieli użyć określenia stosowanego w fizyce, wymiana energii. To co żyje w człowieku uzdrawiającym, a więc pewne procesy w ciele eterycznym, zostaje użyte w taki sposób, że u człowieka uzdrawianego powstaje pewien rodzaj biegunowego napięcia wywołanego tym, że procesy w ciele eterycznym uzdrawiającego wchodzą w pewien stosunek z tym, który ma być uzdrawiany. Wywołana tu zostaje biegunowość, podobnie jak w pewnym abstrakcyjnym sensie, kiedy wytworzony zostaje pewien rodzaj elektryczności dodatniej i pojawia się odpowiadająca jej elektryczność ujemna. Tak więc przy tego rodzaju leczeniu wywołana zostaje biegunowość. Biegunowość tą należy ujmować, w najwyższej mierze, jako czyn ofiarny.

W rzeczywistości w nas samych wywołujemy pewien czyn, który ma mieć znaczenie również dla innych. W przeciwnym razie nie byłoby to niczym więcej, jak tylko wywołaniem jakiegoś procesu w nas samych. W obecnym zas wypadku proces ten ma służyć temu, aby w drugim człowieku wywołać biegunowość, w stosunku do procesu, jaki wywołaliśmy w sobie. Biegunowość ta uwarunkowana jest tym, że uzdrawiający i uzdrawiany wchodzą ze sobą w pewnym sensie w kontakt. Wywołuje ona w uzdrawianym człowieku proces, będący w najwyższym sensie ofiarowaniem siły, która jest niczym innym, jak przeobrażoną siłą miłości. W gruncie rzeczy siła działająca przy takich psychicznych uzdrowieniach jest siłą miłości przeobrażoną w jakąkolwiek formę. Jeżeli u podłoża leczenia nie ma tej siły, to nie może to prowadzić do właściwego celu.

Procesy miłości nie zawsze muszą przebiegać w stanie zwykłej świadomości. Przebiegają one również w warstwach podświadomych, nawet w tym, co uważamy za technikę procesów uzdrawiających, a nawet w sposobie, w jaki wykonuje się np.; ruchy rękami. Nawet w tym, jak te ruchy ujęte są w pewien techniczny system, tkwi już to, że są obrazem czynu ofiarnego. A zatem nawet tam, gdzie w procesie leczniczym nie dostrzegamy tego związku, kiedy nie widzimy tego, co w rzeczywistości robi leczący, tkwi jednak czyn przepojony miłością, nawet jeżeli jest zupełnie przeobrażony w technikę.

(wytłuszczenie tekstu- Grzegorz Halkiew)

Antropozofia współczesna już dawno minęła się z myślą steinerowską- stając się jeszcze jedną dziwną sektą kierującą się mało przejrzystymi zamiarami, bliższą New Age niż rozwojowi osobistemu.

Wpis z działu: Antropozofia | Komentarze

18th Styczeń 2008

Widzenie aury.

Goethe a jasnowidzenie

Do najbardziej zajmujących i najbardziej zwalczanych przez ciemnogród dzieł należy dzieło Goethego „Nauka o barwach”. Autor ocenił wszystkie zjawiska barwne wyłącznie według ich działania na człowieka.

Było to:

- działanie na organizm – wpływ fizjologiczny;
- działanie na uczucia – wpływ psychologiczny.

Historia.

Spojrzenie na swiatło przez pryzmat doprowadziło do zauważenia barwnych prążków na granicach jasności i ciemności. Bogactwo barw widmowych wytworzyło się przez kontrast: światło – ciemność.

Barwa żółta i graniczące z nią obszary były spokrewnione ze światłem. Niebieska i siąsiednie barwy należały do ciemności.

Barwa żółta i niebieska były barwami pierwotnymi, które powstały z kontrastu: jasności – ciemności.

W miarę oddalania pryzmatu od oglądanego przedmiotu obrzeże żółte rozdzielało się na barwę żółtą i czerwoną, niebieski brzeg wskazywał rozszczepienie na niebieską i fioletową.

1

Obserwacje przyrody spowodowały zdefiniowanie barw słonecznych, ciepłych, czynnych (Przy nieprzejrzystej atmosferze barwa zachodzącego słońca przechodziła z żółtej w czerwoną) oraz zimnych, biernych, nocnych (barwy niebieską i fioletowa).

Barwa zielona według Goethego powstaje ze zwykłej mieszaniny barw dopełniających: żółtej i niebieskiej. Mieszanie barwy czerwonej („czewonożółtej”) i fioletowej ma dać purpurę.

2

Goethe zauważył, że oko obciążone przez dłuższy czas tylko jedną barwą wywołuje dla wyrównania i odprężenia barwę dopełniającą. Układ barw pokazany obok, wprowadzony przez Goethego, odpowiada jego hipotezie powstania barw. I tak barwy leżące na przeciw siebie to barwy dopełniające (przeciwległe) lub inaczej zwane kombinacją harmonijną. Barwy położone obok siebie (sąsiednie) to barwy pokrewne lub kombinacja nieharmonijna. A natomiast barwy położone co druga (oddalone barwy sąsiednie) stanowią barwy obce lub kombinację charakterystyczną.

3

Znaczenie

Schodząc w głąb do najmniejszych cząsteczek materialnego świata kolor jest wibracją energii. Poprzez drgania cząsteczek kolory przemawiają do nas pozwalając nam widzieć przynajmniej częściowo to, czego nie możemy usłyszeć ze sfery ducha. W ich drganiach subtelnie ukryte są znaczenia.

Każdy człowiek charakteryzuje się wibracją bardziej zgodną z tym czy innym kolorem niż z pozostałymi, a rezonans ten zwykle wyraża się poprzez wyróżnianie owego koloru w swoim otoczeniu.

Kolory posiadają uniwersalny wpływ a ich wibracje odpowiadają aspektom duchowym, gruczołom wydzielania wewnętrznego i ludzkiej aurze… Kolory są emanacjami niewidzialnych nici w tkaninie wszelkiego stworzenia. Każdy kolor widma napełnia świat niewidzialnymi siłami w postaci wibracji, które współdziałają z naszymi własnymi i wpływają na nasze życie. Kolory są osobistymi drogowskazami pokazującymi w którym miejscu znajdujesz się na ścieżce duchowej…. Ale tym drogowskazom nie pozwólcie się zawsze prowadzić. Raczej wy prowadźcie je zgodnie z ich duchowym wpływem.

Widzialne światło zajmuje tylko mały odcinek spektrum elektromagnetycznego. Podczerwień i ultrafiolet są pod pewnymi względami traktowane jako światło, ale żadne z nich nie może być wykryte przez oko.

Mamy wszelkie podstawy, aby być pewni, że światło nie tylko dociera do nas, ale i penetruje nasze ciała. Ustalono eksperymentalnie, iż światło przechodzi przez czaszki niższych ssaków, takich jak np. owce, docierając dostatecznie głęboko, aby stymulować komórki fotoelektryczne wewnątrz tkanki mózgowej. Wiadomo także, iż światło ma wpływ na cykl płciowy ludzi i zwierząt. Kury znoszą więcej jaj, kiedy zaaplikuje im się dodatkowe godziny światła- to fakt z którego hodowcy drobiu czerpią korzyści podczas krótkich zimowych dni, włączając wieczorami sztuczne oświetlenie.

Dwunastego listopada 1987 roku w New England Journal of Medicine ukazał się godny wzmianki artykuł o substancji aktywowanej przez światło, mogącej niszczyć komórki nowotworowe bez uszkadzania zdrowej tkanki. Lekarze ze Stanów Zjednoczonych badając unikatową metodę leczenia w Chinach donieśli, iż wstrzyknęli pacjentom chorym na raka pęcherza hematoporfirynę- środek pozostający w komórkach rakowych, natomiast przenikający przez komórki zdrowe. W kilka dni po podaniu substancji komórki nowotworowe wystawiono na działanie światła w celu uaktywnienia hematoporfiryny, która zniszczyła te komórki, zdrową tkankę natomiast pozostawiła nienaruszoną.

Chociaż powiedzenie że „nie szata czyni człowieka” odpowiada prawdzie, to w tym przypadku kolory to czynią.

Osoby dostatecznie wrażliwe na wibracje, by widzieć i interpretować aurę, mogą wiele powiedzieć o danej osobie na podstawie kolorów, które różnią się odcieniami i konfiguracją, w zależności od stanu umysłu i uczuć. Można na przykład zauważyć, że kiedy ktoś kłamanie to niektórzy widzą wtedy smugę cytrynowej zieleni wystrzelającej poziomo przez aurę tej osoby tuż nad jej głową.

Dr Walter J. Kilner z Londynu (The Human Aura) opracował metodę przystosowania aury do obserwacji przy użyciu chemicznie przetworzonego spreparowanego ekranu. Kolory emanujące od danej osoby są raportem o stanie wibracji, symptomatycznym dla wpływów działających przez centra endokrynne.

Dodatkowe badania wykonane przez Oscara Bagnalla (The Origin and Properties of the Human Aura) także zakładają użycie ekranu do badania aury. Jego zdaniem promieniowanie aury to fale o długości odpowiadającej sektorowi ultrafioletowemu, poza zasięgiem normalnego widzenia, zgodnie z późniejszymi teoriami Kilnera. Bagnall ustalił, że w aurze występują dwie sfery: wewnętrzna warstwa, związana z ciałem fizycznym, i zewnętrzna- łącząca się z umysłem i emocjami.

Tak jak upadło bezpowrotnie zaufanie i wiara w to, że religia może wytłumaczyć ludziom jak powinni żyć i jak powinni się odnaleźć w otaczającym ich świecie, tak samo upada wiara w to, że odpowiedzi tych udzieli nauka. Twórca fizyki kwantowej Werner Heisenberger powiedział, że wszystko wskazuje na to, że cały ten świat i wszystko co się wydarza zależne jest od oczekiwań obserwatora- a więc twój świat, którego ty doświadczasz zależny jest od ciebie. Twoje życie i twój los jest w twoich rękach. Jesteś jedyną osobą, która może cokolwiek zmienić. Tak jak nadszedł kiedyś czas na naukę czytania, dziś jest czas na naukę widzenia aury, na naukę widzenia kolorów które niosą informację o tobie i o twoim interlokutorze.

Ktoś, kto nie idzie naprzód z duchem czasów, ten się cofa- staje się ślepcem pośród widzących. Ktoś, kto nie chce widzieć tego, co widzą inni- sam stawia siebie poza marginesem historii.

Wpis z działu: Antropozofia | Komentarze

18th Styczeń 2008

Uzdrawianie- sztuka czy nauka, magia czy przejaw ducha?


M. Rojecka.

Jeżeli chcesz poznać swą własną istotę,
Staraj się poznać świat.
Jeżeli chcesz naprawdę zrozumieć świat,
Patrz w głębiny własnej duszy.

Kiedy skierujemy wzrok do tyłu, spoglądając z punktu widzenia wiedzy historycznej na etapy rozwoju człowieka, będziemy obok nurtów związanych z rozwojem kultury materialnej, historią wojen, rozwojem sztuk pięknych i innych aspektów, mogli dostrzec zmieniające się tendencje chorobowe i podążające w ślad za tym nieustające próby znalezienia skutecznych terapii.

Jeżeli przyglądamy się na zmianom w sztuce leczenia, zauważamy, że zachodziły one ze zmienną dynamiką na przestrzeni tysiącleci.

Żyjemy obecnie w czasach dużego i szybkiego rozkwitu medycyny akademickiej, zakorzenionej w sferze intelektualnej człowieka. To, co było możliwe do zbadania przy użyciu dostępnych metod tzw. naukowych, a zatem za pośrednictwem analizy chemicznej, obserwacji z wykorzystaniem różnych technik mikroskopowania, oglądu za pośrednictwem użycia zjawisk fizycznych jak obrazy radiologiczne wraz z ukoronowaniem tej metody w postaci tomografii komputerowej, ultrasonografię w jej wielu odsłonach, rezonans magnetyczny i wielu innych, zostało zbadane. Struktura człowieka począwszy od budowy anatomicznej, poprzez strukturę tkanek, komórek, organelli komórkowych wraz z zachodzącymi tam procesami biochemicznymi, jest teoretycznie znana. Znane są substancje lecznicze, przy pomocy których możemy na te procesy wpływać. Rzadziej pochodzą one z natury, częściej są efektem syntezy chemicznej, w której człowiek usiłuje przejawiać swój intelekt naśladując i „poprawiając” naturę. W dziedzinie szeroko rozumianej medycyny i terapii dokon ano bez wątpienia ogromnego postępu technologicznego. Czy jednak suma postępu w dziedzinie metod diagnostycznych, technik operacyjnych oraz farmakologii przekłada się wprost na postęp w sztuce leczenia?

W tym ostatnim pytaniu zawarłam jednocześnie pewien ładunek emocjonalny w stosunku do dwóch pojęć, które pojawiły się w tytule, zarazem inicjując odpowiedź na postawione pytanie.

Czy zatem można uznać medycynę za naukę? Czy opisując życie na poziomie molekularnym jesteśmy w stanie je zrozumieć i poznać? Czy możemy w ten sposób zrozumieć człowieka z jego życiem, światem przeżyć wewnętrznych i poczuciem „ja”?

Pytanie jest z gatunku retorycznych. Przy najwnikliwszym zbadaniu materii nie jesteśmy w stanie powiedzieć nic o powodach, dla których, np. w wyniku doznanego szoku zaczyna chorować ciało człowieka. Wiemy, że taka możliwość istnieje. Wiemy, że jeden człowiek w podobnej sytuacji, np. po wyziębieniu organizmu, zachoruje lekko, inny będzie długo dochodził do siebie po ciężkim zapaleniu płuc, a inny, po ogrzaniu, nie zauważy jakichkolwiek zmian samopoczucia. W medycynie współczesnej pojęcie chorób psychosomatycznych ma ugruntowaną pozycję. Nikt jednak nie pokusi się o przełożenie emocji na grunt pojęć dotyczących materii. Brak umiejętności zrozumienia i opisania zetknięcia się świata materialnego i niematerialnego. Sfera duszy, czyli wewnętrzny świat odczuć i doznań, jest dla obserwatora z zewnątrz niepoznawalny. Można się do niego zbliżać, można go doświadczyć, ale nie można weń wniknąć. Wewnętrzny świat odczuć drugiego człowieka jest rzeczywistością, ale poznać go możemy o tyle o ile odciśnie się w otaczającym świecie naszych przeżyć, lub w odniesieniu do świata roślin, wpukli się w głąb kwiatowego kielicha[1].

Człowiek zatem współbrzmi z kosmosem jako istota obdarzona ciałem, życiem, duszą i duchem, a jakiekolwiek zachwianie równowagi pomiędzy członami jego istoty ma swoje odzwierciedlenie w niedomaganiu lub chorobie. Zaburzenie owego współbrzmienia jest zgrzytem w harmonijnym utworze muzycznym, leczenie jest natomiast procesem przywracania utraconej harmonii. Energia dźwięku tylko w pewnym aspekcie zagęszcza się do materii i na tej płaszczyźnie poddaje się wpływowi substancji, np. substancji leczniczych, ale także brutalnemu oddziaływaniu skalpela w trakcie zabiegu usunięcia chorej tkanki. Byłoby jednak wyrazem ślepoty duszy i ducha, gdybyśmy wyłącznie w obszarze materii szukali człowieka, istoty choroby i procesów uzdrawiania. Jeżeli jednak chcemy iść drogą przywracania równowagi, to usiłując zagrać piękną melodię, niewątpliwie użytecznym, a wręcz niezbędnym jest poznanie zasady budowy fortepianu, ale jest to dopiero warunek wstępny do tego, aby stać się artystą.

W tytułowym pytaniu przeciwstawiłam sobie dwa pojęcia: magię i duchowość.

Skoro wkraczamy w to, co niewidzialne, pytanie o to czy wstępujemy tym samym na drogę magii jest uzasadnione. Tego rodzaju pytanie pojawi się prędzej czy później. Słowo magia ma bowiem najczęściej w duszy zabarwienie pejoratywne. Oczywiście bardziej świadomi czytelnicy nawiążą do magii białej i czarnej, tylko w tej ostatniej widząc zagrożenie. Wydaje się, że większość zarzutów i obaw w stosunku do medycyn pozaakademickich wywodzi się z niechęci do wpływu na płaszczyznach, których lekarze i chorzy nie znają, nie postrzegają, a których się lękają.

Magia jest jednak działaniem świadomym, dokonującym się na płaszczyznach niematerialnych, poza przestrzenią trójwymiarową, mającym na celu osiągnięcie panowania nad otaczająca rzeczywistością. Magia może posiłkować się rekwizytami, gestami, słowem. Może mieć aspekty jednoznacznie negatywne, jak sprowadzenie choroby, śmierci, nieszczęść, prześladowanie, lub aspekty w pewnej mierze pozytywne jak uzdrawianie, czy też wzbudzenie miłości. Już ten ostatni przykład wywołuje uczucia ambiwalentne. Osoba zakochana przyjmie z radością zainteresowanie pożądanego partnera. Ten sam partner, o ile nie pokochał świadomie, włączając w ten akt świadomą decyzję swojego ja, będzie niewolnikiem wywołanych emocji. Mamy tu przykład działania negatywnego, mimo pozornego początkowego braku niezadowolonych z obrotu spraw.

O ile jednak przed ofiarą Chrystusa i przemianą Ziemi poprzez misterium Golgoty magiczne działania uzdrawiające były w jakiś sposób uzasadnione, o tyle po tym przełomowym w dziejach ziemi, wydarzeniu, coraz bardziej oczywistym się staje, że człowiek przeniknięty duchem ma prawo podjąć próbę uzdrawiania drugiego człowieka przenikniętego duchem wyłącznie w przypadku świadomej akceptacji tego procesu, ze strony tego ostatniego. W procesie tym spotykają się dwie jaźnie.

Lekarz lub terapeuta winien zatem działać świadomie, natomiast chory musi być tych działań świadomy i je zaakceptować.

Oczywiście zasada ta nie znajduje zastosowania w przypadku chorych nieprzytomnych lub dzieci, gdy ciężar decyzji o podjętych krokach bierze na siebie rodzina lub sam terapeuta.

Gdy zgłasza się do mnie rodzina z prośbą o leczenie ciężko chorego, bez jego świadomej decyzji, zwykle mam pewność, co do bezskuteczności takich działań. Nawet podjęta próba leczenia, o ile ją czynię przez współczucie dla proszącego, nie przynosi rezultatu. Nie ma, zatem gorszej krzywdy uczynionej choremu, niż pozostawienie go w nieświadomości choroby. Pozbawiamy go wtedy szansy na podjęcie świadomej decyzji o wyzdrowieniu lub leczeniu.

Jeżeli zatem zaczynamy współpracować z człowiekiem na jego drodze do wyzdrowienia, nie stosujemy magii. Stosujemy środki lecznicze i terapie, które mają wzmocnić ducha w chorym i ponownie zharmonizować jego istotę. Ale jest to zawsze taniec w parze, gdzie terapeuta z chorym muszą znaleźć wspólny rytm. Prowadzi terapeuta.

Zadaniem prowadzącego terapię jest zawsze wzmocnienie samoświadomości chorego, nauczenie go spojrzenia obiektywnego na samego siebie i ugruntowania w nim własnego ja. Chory często broni się przed takim nałożonym nań zadaniem. Jeżeli chory odchodzi do innego lekarza, który w większym komforcie stawia jego duszę, np. poprzez „gwarancję” wyleczenia, trzeba taką decyzje uszanować.

W tańcu, w którym, jak nadmieniłam wcześniej, terapeuta prowadzi, musi przekazać choremu informację, jakim krokiem będą się poruszać. Jeżeli zatem terapeuta uważa, że najsłuszniejszym wariantem postępowania będzie w określonej sytuacji zastosowanie hipnozy, a więc rodzaj działania, który pozostawi chorego przejściowo w stanie ograniczonej świadomości, musi uzgodnić to z chorym i uzyskać jednoznaczną akceptację dla tego typu terapii. Działanie na podświadomość nie jest, wbrew pozorom, działaniem nieświadomym, o ile zostało poprzedzone świadomą decyzją.

Poszerzona wiedzą duchową sztuka leczenia nie odwołuje się do procesów magicznego sterowania. Uzdrawianie i leczenie jest bez wątpienia sztuką, ale musi się ona wspierać na fundamencie nauki i wiedzy. Tych ostatnich nie należy jednak wyłącznie utożsamiać z nauką i wiedzą akademicką.

Terapeuta – dyrygent czy muzyk, który gra w orkiestrze? Czy terapeuta musi znać nuty skoro tak pięknie potrafi zagrać ze słuchu?

W procesie przywracania zdrowia spotykamy obecnie często sytuację, w której każdy śpiewa z chorym inną pieśń, uważając się za jedynego dyrygenta, nie zawsze mając świadomość, że chory jest zaangażowany równolegle w innych zespołach. Ponieważ każdy terapeuta zaleca choremu dość często słuchanie zalecanej przez niego muzyki również w zaciszu domowym, pacjent stosując wiele metod terapii, uruchamia jednocześnie parę płyt. Chory ma dostęp do wielu źródeł pisanych, książek, czasopism i Internetu, gdzie zostaje zalany informacjami o wielu możliwościach skutecznych terapii. Na wszelki wypadek zwiększa swoje szanse na wyleczenie poprzez zastosowania kolejnych metod i terapii.

Można użyć pewnego skrótowego porównania, że pacjent włącza równolegle również swoje płyty.

Do czego można porównać uzyskany w ten sposób efekt? Hałas staje się nie do zniesienia, a człowiek jest poddany silnemu stresowi. Szanse na wyleczenie zmniejszają się.

Bioenergoterapia, biorezonans, homeopatia, homotoksykologia, izopatia, zioła, specyfiki medycyny chińskiej i peruwiańskiej, medycyna antropozoficzna, chiropraktyka, i wiele innych metod zaaplikowanych choremu, który nie uświadomił sobie, dlaczego zachorował i nie zwrócił się sił ducha o uleczenie, okazują się nie skuteczne.

Jeżeli chory chce połączyć różne metody terapii, jest bardzo pożądane abyśmy mieli w nich rozeznanie. Nie każdy terapeuta musi znać i stosować różne metody. Powinien jednak rozumieć i umieć współdziałać w terapii z innymi. Lekarz i terapeuta winien wesprzeć chorego na drodze do zdrowia.

Terapeuta działający na poziomach niewidzialnych dla większości ludzi, pracujący z energiami musi nauczyć się je rozpoznawać, odczytywać z księgi natury, jak to podkreślał średniowieczny lekarz Paracelsus[2].

Dopuszczenie do praktykowania leczenia lub różnorodnych form terapii we wszystkich kulturach i cywilizacjach było ograniczone wieloma barierami. Kapłani starożytnej Grecji prowadzący proces uzdrawiania poprzez sen świątynny, czynili to po długotrwałym przygotowaniu. Studia medycyny klasycznej są dłuższe niż studia w innych dziedzinach wiedzy, prawo wykonywania zawodu uzyskuje się po odbyciu dodatkowego stażu rocznego.

Zaprezentowałam dwa skrajne przypadki związane z szeroko rozumianymi procesami leczenia i uzdrawiania, które jednak są ilustracją faktu, ze ktokolwiek uzdrawia, wstępuje na drogę wymagającą pracy nieustającej.

Jest moim celem uświadomienie nieuchronnej konieczności ciągłego poszerzania wiedzy, a zarazem obowiązku współpracy z lekarzami i terapeutami uczestniczącymi w procesie przywracania zdrowia, pomimo, że często nie będziemy akceptować lub rozumieć innych metod działania. Praca z pacjentem wymaga równoległej pracy i zapanowania nad wybujałością naszego własnego ego.

Prawidłowo prowadzona ścieżka rozwoju terapeuty i lekarza staje się ścieżką jego rozwoju osobistego.

Na zakończenie chcę wspomnieć o zasadzie obowiązującej tak w leczeniu jak i w edukacji, którą w ogromnym skrócie można by opisać tak. Jeżeli chcesz działać na duszę, musisz czynić to z poziomu jaźni[3], działając na ciało eteryczne – z poziomu duszy, wpływając na ciało fizyczne – z poziomu ciała eterycznego.

Lecząc lub uzdrawiając musisz dbać o ciało i jego siły życia, musisz zachować higienę duszy, ale przede wszystkim musisz pielęgnować i doceniać siłę swojego ja, czyli ducha w sobie.

lek.med. Marlena Rojecka


[1] Roślina nie posiada własnej, indywidualnej przestrzeni duszy. Roślina posiada swoją duszę na zewnątrz, wspólną dla wszystkich roślin danego gatunku. Momentem, w którym świat duszny zbliża się i nieomal łączy się z rośliną, jest moment tworzenia kwiatu. Wówczas barwa, woń kwiatu i jego niezwykły urok oddziaływają poprzez własną, na moment zageszczoną astralność, na duszę człowieka.


[2] Phillippus Aureolus Theophrastus Bombastus von Hohenheim (ur. 1493r lub 1494r, zm. 24 września 1541) – jest uważany za ojca nowożytnej medycyny. Z jednej strony był postrzegany jako gbur, człowiek gruboskórny i konfliktowy. Nie stronił od trunków i był częstym gościem w karczmach. Zmarł w wyniku ran odniesionych podczas bójki w karczmie. Z drugiej strony był wybitnym znawcą alchemii, jednym z reprezentantów jatrochemii (obok Andreasa Libaviusa) – kierunku w nauce mówiącego o tym, że głównym zadaniem chemii jest odkrywanie nowych lekarstw. Uważał, że obowiązkiem lekarza jest umiejętność czytania z k sięgi natury. Wprowadził pojecie sygnatury, czyli odzwierciedlenia w cechach zewnętrznych cech wewnętrznych powiązanych z zasadami kosmicznymi

Wpis z działu: Antropozofia, Autor- Marlena Rojecka | Jedna odpowiedz